Krajowy dług USA właśnie przekroczył 38 bilionów dolarów i szczerze mówiąc, ta liczba jest tak ogromna, że większość ludzi już na to nie reaguje.

Ale to tempo powinno przyciągnąć twoją uwagę.

W 2000 roku dług wynosił około 5,7 biliona. Po kryzysie finansowym podwoił się. Po pandemii bodźce gospodarcze przesunęły go na ponad 30 bilionów. Teraz dodajemy około 1 biliona co 100 dni.

W pewnym momencie uwaga przestaje być skupiona na wielkości długu i przesuwa się na koszty jego utrzymania.

Płatności odsetkowe eksplodują i zmierzają do tego, by dorównać, a nawet przewyższyć wydatki na obronność, jeśli stawki pozostaną wysokie. To już nie jest mała pozycja budżetowa, staje się strukturalna.

To tworzy kilka punktów nacisku.

Większa podaż obligacji oznacza więcej obligacji zalewających rynek.

Wyższe stopy zwrotu są potrzebne, aby przyciągnąć nabywców.

A nagle akcje mają prawdziwą konkurencję od zwrotów „bez ryzyka”.

Już widzieliśmy, co się dzieje, gdy 10-letnie obligacje skaczą. Akcje wzrostowe odczuwają to jako pierwsze, mnożniki się kurczą, a płynność się zaostrza we wszystkich sektorach.

USA prawdopodobnie mogą utrzymać duży dług dłużej, niż ludzie się spodziewają, głównie dlatego, że dolar wciąż znajduje się w centrum systemu.

Ale prawdziwe pytanie nie brzmi „czy może przetrwać?”

To pytanie, kiedy rynek obligacji zacznie się bronić.

Przy jakiej stopie zwrotu akcje przestaną traktować to jako szum tła i zaczną strukturalnie przeliczać?

Czuje się to mniej jak natychmiastowy kryzys, a bardziej jak powolne ryzyko, którego rynki nie mogą ignorować na zawsze.

Ciekawi mnie, gdzie ludzie stoją w tej sprawie.

Czy to tylko część nowej normy, czy rodzaj presji, która ostatecznie zmusza do większego resetu?